To naprawdę jest cud. I to słowo wraca do nas za każdym razem, gdy myślimy o Amperze. Pies, którego adopcja graniczyła z niemożliwym — tak bardzo chory, tak bardzo wymagający, że znalezienie dla niego domu wydawało się wyzwaniem ponad siły. A jednak ten cud się wydarzył — i ma na imię Ania.
Ania Prochot i jej rodzina pokochali Ampera takim, jakim jest: z całym jego „dobrodziejstwem”, ze wszystkimi problemami, ograniczeniami i trudnościami. Otworzyli dla niego serce jeszcze zanim go zobaczyli. Wystarczyła pierwsza rozmowa telefoniczna — pełna niepewności, odrobiny strachu, ale też czegoś, co było wyczuwalne od razu: zdecydowania i miłości do psa, którego nawet jeszcze nie znali.
Do dziś, gdy wracamy myślami do tej historii i jej szczęśliwego zakończenia, które wydarzyło się już jakiś czas temu (choć dopiero teraz o nim piszemy), wciąż mamy dreszcze i łzy w oczach. Bo to się naprawdę udało. Amper żyje. Jest szczęśliwy. Ma bezpieczny dom, rodzinę wokół siebie, psie i kocie towarzystwo. Jest psem, który nie różni się niczym od innych — cieszy się życiem, korzysta z niego pełnymi łapami i daje z siebie ogrom radości.
To wszystko wydarzyło się dzięki wspaniałym ludziom, którzy na zawsze pozostaną naszymi bohaterami. Taka adopcja zasługuje na ogromne uznanie — nasze i wszystkich, którzy pamiętali Amperka, trzymali za niego kciuki i wiedzieli, jak trudne będzie znalezienie dla niego domu.
Aniu, Krzyśku — dziękujemy Wam z całego serca. Za to, że odmieniliście los Ampera, ale też za to, że przywracacie wiarę w ludzi. Pokazujecie, że nawet wtedy, gdy coś wydaje się beznadziejne, wystarczy kilka składników: miłość, odwaga i otwarte serce, by wydarzyło się coś naprawdę pięknego.
Za to piękno, które w sobie macie — bardzo Wam dziękujemy.